Bezdomny pies, czarny kot i Hannibal
Cześć
dziś był ciekawy dzień. Zaczęło się od tego że mieliśmy śmieszną lekcję języka angielskiego. Szczegółów nie będę omawiać bo nie mam czasu (spać, spać, spać ! ) jednak było wesoło
Później z Radkiem pojechaliśmy do Marty. Hi, nie wiedziała że też się zjawię i że nawet kaktus przyjedzie ! Poczęstowała nas b. dobrym bigosikiem (eh, a postanawiałam że koniec z mięsem) i karpatką. Mmm, po prostu “lecker”.
Aha! Zanim pojechałam na uczelnię widziałam bezdomnego pieska. Biedny, taki kundelek.I taki smutny wzrok miał. Widziałam gdy się odwrócił. Bardzo szkoda mi go było i stwierdziłam że moje “kundle” mają dobrze u nas (kundle=koty, mówię/krzyczę tak do nich gdy bardzo rozrabiają).
Wracając do Marty. Po karpatce poszliśmy z biednym Zajączkiem(chora) do sąsiada żebym mogła zobaczyć moje dziecko (jedno z tych kotów) ,jak się ma,itd
Piękny kotek…hm, i znowu mi się przykro zrobiło. Bo szkoda mi tego kotka, że go oddaliśmy itd:/ Nie wiem czy ktoś mnie rozumie, ale w sumie nie dbam o to :> Eh eh…naprawdę szkoda mi tego Pimpusia, tak miała na imię,, a teraz nie wiem. Najładniejszy w każdym razie kotek z całego miotu. Hmm.
A na koniec film w kinie. Ciekawy był. Do usłyszenia wkrótce.
P.s.: chyba boję sie helikopterów…